sobota, 8 marca 2014

Czas

     Lucy siedziała przed lustrem czesząc swe długie jasne włosy. Ubrała się w ciężką suknię z gorsetem w kolorze jej oczu - musiała ważyć co najmniej 10 kilo - włosy upięła w wysoki kok. Suknia składała się z miliardów wstążek, wstążeczek i … czegoś czego niestety mój mózg nie potrafił zidentyfikować. Siedziała na pufie  wyłożonej czerwonym  pluszem. Chwilkę czy to co moje oczy widzą to naprawdę toaletka? Obróciłam się i zobaczyłam ogromne - i tu mam na myśli naprawdę ogromne- łóżko z czerwoną narzutą. Nad łóżkiem zawieszony był baldachim. Podeszłam do niego i zauważyłam, że coś się za mną ciągnie. No jasne. Jeszcze tylko tego brakowało.
     - Nie ma mowy.- szepnęłam zszokowana. Miałam na sobie ciemno niebieską suknię z ogromną ilością białych wstążeczek. Suknia nie miała rękawów. Moją klatkę piersiową opinał gorset zaciśnięty do granic możliwości. Utrudniał mi oddychanie. Spróbowałam sięgnąć do sznureczków gorsetu i zakręciła się wokół własnej osi aż upadłam na wersalkę.
     Lucy zachichotała, podniosła się z pufy i zwróciła twarzą do mnie.
     - Alice co robisz?- spytała poprawiając swoją suknię i spoglądając na mnie jednym okiem.
     - Ten cholerny gorset jest za ciasny. Ledwo żyję. I co to do cholery wszystko znaczy? Jest Haloween czy jakaś średniowieczna imprezka na, którą nie mam ochoty iść?-  jednym tchem  wyrzuciłam z siebie słowa, a Lucy aż zatkało.
     - Alice gdzie twoje maniery! Jak mama się dowie że używasz tak niegodnych kobiety słów to będziesz musiała pomagać służącym.- odparowała z gniewem. Zaszeleściła suknią i przepchnęła się przez drzwi.
     Coś mi tu nie pasuje. Rodzice Lucy zginęli gdy była mała. Wyjechali na dwór królewski odwiedzić rodzinę i napadła ich zgraja strzyg. Lucy była wtedy w Akademii Św. Władimira. Strzygi zabiły jej rodziców a ciała jej siostry nigdy nie znaleziono. Później zaopiekował się nią jej wujek, ojciec Mii.
     Mocowałam się chwilę z suknią i ruszyłam za Lucy - a nie łatwo było biegać w wysokich butach, cholernie ciężkiej sukience i pieprzonym gorsecie- ciężko dysząc dopadłam do salonu, oparłam się o framugę drzwi i odgarnęłam włosy za uszy.
     - Lucy… błagam…nie mów nic… twojej mamie. Proszę.- wysapałam.
     - Dobrze, ale… Alice czy ty biegłaś tu całą drogę?- wykrzyknęła.- wyglądasz jak półtora nieszczęścia.
Uśmiechnęłam się a raczej skrzywiłam. Przechodząca obok nas kobieta wydała okrzyk zdumienia.
     - O mój boże. Nic ci nie jest panienko? Wyglądasz okropnie.- skrzeczała jak wrona - Moja droga zawsze wiedziałam, że będą z tobą kłopoty, ale żeby zniszczyć tak misterną pracę w mniej niż pięć minut.- załamała ręce i pokręciła głową.- Cała praca na nic. - pociągnęła mnie za rękę z powrotem do pokoju. Obejrzałam się przez ramie i napotkałam współczujące spojrzenie Lucy.

     Piętnaście minut później- najokropniejszych piętnaście minut mego życia - mogłam się już pokazać na przyjęciu.
     - Kto przyjdzie na bal?- spytałam Lucy gdy szłyśmy w stronę sali balowej.
     - Przedstawiciele rodów królewskich i królowa Aleksandra .- odparła Lucy na co ja rozdziawiłam usta. - Spotykają się tutaj tylko dlatego, że to miejsce jest dobrze strzeżone i mamy ogromną salę balową. To zaszczyt, że królowa uważa nasz dom za bezpieczny i pozwala nam przyjść na przyjęcie. Oczywiście wszystko przygotowujemy my.- spojrzałam na nią zdziwiona.
     - Nie uważasz że to królowa powinna być zaszczycona mogąc u nas zrobić przyjęcie?
Spojrzała na mnie przestraszona.
     - Ależ oczywiście, że nie. To zaszczyt służyć królowej i rodom królewskim.- odparła stanowczo a ja westchnęłam zrezygnowana.


     W drzwiach sali stanęła królowa Aleksandra. Była bardzo młoda jak na królową - choć Wasylisa Dragomir jest od niej młodsza - rude włosy miała spięte w wysoki kok i diadem na głowie wysadzany kamieniami księżycowymi. Na szyi  miała złoty łańcuszek z literą A, a na lewej ręce pierścień. Pewnie rodzinna pamiątka. Sygnet przedstawiał węża wyglądającego jakby owijał się wokół jej smukłego palca. W miejscu oczu miał małe rubiny. Jej szczupłe ciało opinała swobodnie puszczona wokół bioder szkarłatna suknia, która idealnie pasowała do jej włosów. Wszyscy ukłonili się nisko.
     - Ależ proszę przestańcie.- powiedziała cicho królowa.- Nie przyzwyczaiłam się do ukłonów. Chcę czuć się wam równa a nie lepsza od was. Nie chcę przez takie traktowanie unosić się pychą. Pragnę tylko zrozumienia i waszego wsparcia.- uśmiechnęła się do poddanych i podeszła do jednej z pokojówek. Podała jej rękę i powiedziała.
     - Chcę aby wszyscy tu obecni - a mówiąc wszyscy mam na myśli także służbę - bawili się z nami. -pokojówka wydała okrzyk zdumienia i podziękowała wylewnie, a królowa posłała jej ciepły uśmiech i życzyła wszystkim dobrej zabawy. Widząc czujnych i spiętych strażników lekkim krokiem podeszła do nich i złapała jednego za rękę - chyba miał na imię Jack - wciągnęła go na parkiet i zatopili się w tłumie.
     Zdziwiona patrzyłam na wyczyny królowej.
     - Alice co o tym myślisz?- spytała zaskoczona Lucy.
     - Ja nie myślę ja to widzę.- odszepnęłam.
W końcu wzruszyłam ramionami i porwałam do tańca faceta, który stał najbliżej, lecz gdy tylko spojrzałam na swojego partnera...doznałam szoku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz